19.08.2021

Dziękujemy za ten tekst i za przemiłe przyjęcie na Nowych Horyzontach:


Kalina Jędrusik walczy z molestowaniem seksualnym w pracy. "Bo we mnie jest seks" to musical ery #MeToo


Paulina Reiter 18.08.2021


Film "Bo we mnie jest seks" jest opowieścią o wielkiej gwieździe Kalinie Jędrusik, ale jest też przypowiastką o każdej z nas. O walce, jaką każda kobieta toczy codziennie, by być traktowana poważnie.


Jest słodko i gorzko. Słodko, bo „Bo we mnie jest seks" Katarzyny Klimkiewicz, film o ikonie lat 60., Kalinie Jędrusik – genialnej aktorce, piosenkarce - utrzymany jest w konwencji musicalu z dawnych lat, ma legrandowski czar. Kto spodziewał się dramatu psychologicznego, ten będzie rozczarowany. Na taki film Jędrusik nadal musi poczekać, a myślę, że w historii jej życia leży wielki dramatyczny potencjał. Film Klimkiewicz jest roztańczony, rozśpiewany, roześmiany. Bohaterowie są narysowani lekką kreską, dialogi okraszone krotochwilnością rodem z Kabaretu Starszych Panów. Wszystko tu do nas puszcza oko (łącznie z manekinami z witryn sklepów modowych), że choć trochę jest prawdziwe, to jednak też trochę wymyślone.


Gorzko, bo to opowieść o tym, jak ciężko kobiecie żyć i pracować w – co tu dużo mówić - patriarchacie. Choć to opowieść z lat 60., bawiąca się dawną estetyką, to opowiadana jest z perspektywy nowoczesnej, z całą świadomością dyskusji o ruchu #MeToo i prawach kobiet. Gdy patrzymy na to, co spotyka Kalinę Jędrusik (w tej roli fenomenalna Maria Dębska), to aż cisną się na usta obcobrzmiące słowa, które zrobiły ostatnio karierę, takie jak na przykład „slut-shaming" (czyli „zawstydzanie dziwek"), opisujące próby zawstydzania kobiet za to, że są bezwstydne w swojej seksualności. A na to, co przydarza się jej w Telewizji Polskiej ze strony jej szefa Ryszarda Molskiego, mamy dziś nazwę, której w Polsce w latach 60. nie znano: molestowanie seksualne.


Jędrusik odmawia bycia zawstydzaną – jej dekolty są głębokie (tłumaczy się, że musi takie nosić, bo ma krótką szyję), biust odsłonięty, a pomiędzy piersiami dynda łańcuszek z krzyżykiem. Odmawia bycia sprowadzaną do apetycznego ciała, choć uwielbia to ciało eksponować. Ukraca wszystkie próby moralizowania, nikt nie będzie jej mówił, jak ma się prowadzić. „Pieprzę się, z kim chcę" – mówi. Ale też nie pieprzy się, kiedy nie ma sama na to ochoty. Film „Bo we mnie jest seks" jest więc opowieścią o wielkiej gwieździe Kalinie Jędrusik, ale jest też przypowiastką o każdej z nas. O walce, jaką każda kobieta toczy codziennie, by być traktowana poważnie. By być człowiekiem, nie ciałem, nie ozdóbką, nie lalką, nie czyjąś ładną zabawką.


Ta historia, która powinna być przecież niepowtarzalna, bo jej bohaterką jest ikona totalna, Kalina Jędrusik, okazuje się historią jak najbardziej powtarzalną. Widziałyśmy ją w pracy. Widziałyśmy ją w filmach, np. „Gorący temat", serialach „The Morning Show". Mężczyzna u władzy uważa, że ma prawo do kobiet, które są jego podwładnymi. Molski, były kolega z młodości, nieudany aktor, chce się z Jędrusik przespać. Gdy zostaje odtrącony, mści się. Jakby tego nie ubrać w pastelowe kolory i nie odśpiewać, sprawa jest bardzo nieprzyjemna.


„Bo we mnie jest seks" jest filmem kobiecym nie tylko, jeśli chodzi o treść. Gdy po premierze we Wrocławiu, w Teatrze Capitol, ekipa wyszła do braw na scenę, było to uderzające, jak wiele osób to kobiety. Reżyserka i współscenarzystka Katarzyna Klimek, scenarzystka Patrycja Mnich, operatorka – Weronika Bilska, producentki – Renata Czarnkowska-Listoś i Maria Gołoś, producentka wykonawcza – Ewa Jastrzębska, kierownictwo produkcji – Sylwia Rajdaszka. W kobiecych rękach była też reżyseria obsady i kostiumy.


No i oczywiście Maria Dębska jako Jędrusik – zabawna, wzruszająca, seksowna, przaśna. Gdy śpiewa „Patrzę na ciebie" (wszystkie piosenki Dębska wykonuje sama), to patrzy się, nawet przez szkiełko telewizora tak, że każdy mężczyzna czuje, że patrzy właśnie na niego, tylko na niego. Gdy zaś zajada problemy, wpychając w siebie kolejne kawałki chleba w kuchni, to nie widzimy seksbomby, lecz zwykłą, niepewną, przestraszoną, smutną dziewczynę. Jest niewierna w łóżku (choć Dygatowie prowadzili związek otwarty, więc po co mówić o niewierności?), ale wierna w przyjaźni, zawsze za rękę z Xymeną Zaniewską, projektantką mody i scenografką.

- Najważniejsze dla mnie było zagrać człowieka, a nie legendę czy symbol – mówiła Dębska w Teatrze Capitol po premierze, na spotkaniu z widownią, która przyjęła film rzęsistymi oklaskami. – Starałam się zagrać kobietę i ją zrozumieć. Zapytana o to, jak zmieniło się jej postrzeganie Kaliny Jędrusik, Katarzyna Klimkiewicz mówiła, że zanim przystąpiła do filmu, była dla niej gwiazdą z odległej epoki, ikoną, ale taką, z którą trudno poczuć więź. Odkryła, że pod diwą kryje się superdziewczyna.


Kalina Jędrusik i mężczyźni: Dygat, Konwicki, Kutz Czy ktoś, kto nie żył w PRL, pozna jego realia? Nie wydaje mi się. Ten film to popkulturowa fantazja, pastelowy sen o Warszawie, o latach 60. Ale w tym kolorowym śnie jest coś, co rozpoznaję, co przebrzmiewało w opowieściach moich rodziców o ich młodości. Na przykład obraz SPATIF-u, w którym można było zawsze spotkać znajomych, bo był jak drugi dom, a jego goście jak rodzina, i gdzie przy wódce do rana toczyły się intelektualne dysputy i podryw.


Kapitalnie przedstawiona jest relacja Jędrusik i Stanisława Dygata, jej męża, pisarza (świetny Leszek Lichota), który ciągle wisi na telefonie z Tadeuszem Konwickim (równie wspaniały Paweł Tomaszewski) lub spotyka się z Kazimierzem Kutzem (nieprawdopodobnie podobny Borys Szyc). Mimo że przedstawieni są powierzchownie, to budzą wielką sympatię. Natychmiast po wyjściu z kina miałam ochotę rzucić się na jakąś książkę Dygata, obejrzeć Kutza.


Leciutko zarysowane są problemy gospodarcze – Kalina nie ma z czego uszyć sukienki na występ, w sklepach sam chłam. Jest też przezabawna scena, gdy Jędrusik, Dygat i Konwicki stają się zakładnikami „baby od jajek" i „baby od cielęciny" we własnym mieszkaniu, bo tamte odmawiają wyjścia, dopóki nie dostaną pieniędzy, a ci są bez grosza przy duszy. PRL zgrabnie wymyka się tu stereotypom – momentami jest pruderyjny, momentami rozwiązły, czasem czuć beznadzieję systemu, czasem jest zabawnie, raz jest szary, a raz kolorowy, dekoracje w programach są z tektury, ale piosenki mają najlepsze teksty i najpiękniejsze melodie, jakie można sobie wyobrazić. A Dygat przypomina Kalinie przytomnie, gdy jest załamana sytuacją, coś, o czym i my pamiętajmy: ci marni urzędnicy miną. Chwilkę porządzą, zachłysną się władzą, ale potem ich czas się skończy i będzie można żyć jak człowiek i być kobietą pozbawioną cnót niewieścich.


„Bo we mnie jest seks" reż. Katarzyna Klimkiewicz, premiera na festiwalu Nowe Horyzonty, w kinach w listopadzie


Link do artykułu: naciśnij